Z cyklu „Moje dwa i pół grosza”:
Paradoks (pół)prawdy

Dwa dni temu napisałem list i wrzuciłem do szuflady. Zapytacie Państwo, dlaczego. Nie był to mój pomysł. Doszły mnie bowiem słuchy, że podobno ktoś napisał do mnie pewną korespondencję, w której zechciał mi udzielić takiej właśnie, jak to nazwał – koleżeńskiej rady. Rad oczywiście warto słuchać, zatem stosując się do sugestii – owego Koleżeńskiego Nadawcy (tak pozwolę sobie nazywać autora) – właśnie dopiero dzisiaj wyciągnąłem napisany przeze mnie przed dwoma dniami list i przeczytałem ponownie. Cóż, nie mam dobrych wieści dla autora owej rady – nic w nim bym nie zmienił. Jeżeli zatem z niecierpliwością oczekiwałeś mojej rychłej odpowiedzi, Koleżeński Nadawco, straciłeś dwa dni.

Ja natomiast każdego dnia z coraz większym niepokojem zaglądam do skrzynki, bowiem jak dotychczas wyraźnie adresowany do mnie list, nie dotarł. Zapewne przed świętami Poczta ma dużo roboty… albo może nadawca nie zna ani mojego adresu ani telefonu, ani nie wie, gdzie mnie spotkać… Najgorsze, że nie mam pomysłu, jak Mu pomóc. Nie wiem, jak też Mu odpowiedzieć, że podobno naszpikowany pejoratywnymi określeniami Jego list (rzekomo występują tam takie sformułowania jak np. skarżypyta, fałsz, dwulicowość, hipokryzja, czy wyborca – brrrr… nie lubię tego zwrotu niejako sprowadzającego rolę mieszkańca wyłącznie do roli „dawcy głosu”) zawiera, jakby to najlepiej ująć… półprawdy, ćwierćprawdy, lub coś na kształt pomyłek, żeby nie powiedzieć „manipulacji”. Nie mam jednak pretensji ani się nie obrażam. Sprawowanie publicznych funkcji wiąże się wszak nieodłącznie z koniecznością nabycia nieco większej odporności i ciągłego argumentowania. Zawsze też się cieszę, gdy ludzie się uaktywniają i korzystają z prawa wyrażania swoich, choćby najbardziej egzotycznych i oryginalnych opinii. To prawo należy uszanować i pielęgnować. Wierzę, że i Twoje, drogi Koleżeński Nadawco, intencje podczas dokonania głębokiej oceny moich poglądów, również nie były próbą ograniczenia jakichkolwiek moich praw ani swobody wykonywania mandatu…?

Niezmiernie mnie natomiast cieszy, że nadawca owego listu doskonale pamięta mój program wyborczy z kampanii w 2010 r. Zapewne zapadł Mu w pamięci w sposób szczególny, bowiem pamięta nawet niemal najdrobniejsze szczegóły, ale jak to ze szczegółami bywa – w nich właśnie tkwi diabeł i autorowi listu wszystko po dwóch latach już się pomyliło; a w szczególności kto, kiedy i jak często zmieniał zdanie w sprawie pewnych zatok postojowych. Niestety nie mam dla Niego dobrych wieści również z innego powodu: choć domyślam się, że wiele rzeczy musiało Mu się w mojej strategii podobać, program mój jednak nie zyskał wystarczającej aprobaty giżycczan, a wygrał dokument innego ugrupowania i to wyłącznie ten, moim zdaniem, dzisiaj powinien być rozliczany. Jeżeli, Koleżeński Nadawco, nie znasz również tego adresu, z chęcią Ci pomogę. Wydaje mi się, że najwłaściwszym adresatem będzie obecnie Klub Radnych „Razem”, z którego wywodzi się Pani Burmistrz. Pani Burmistrz na pewno z chęcią przyjmie Cię w każdy poniedziałek, bodajże od 14:00 i przedstawi ci stan zaawansowania realizacji swoich zamierzeń. Ja natomiast jestem otwarty na każdy Twój sygnał. Sprawdzę, popytam, rozpoznam temat i przedstawię Wysokiej Radzie lub zwrócę się z interpelacją do burmistrza. Być może moje argumenty zostaną uznane i Rada zobowiąże burmistrza (bo burmistrz jest niejako podwładnym Rady, o czym zdaje się możesz nie wiedzieć), do wykonania woli mieszkańców, ale tego obiecać nie mogę. Czasem bowiem mam wrażenie, że u nas jest jakby odwrotnie…

Praca w samorządzie bardzo mi odpowiada. To tutaj tak naprawdę podejmuje się decyzje mające wpływ na nasze miasto. Dlatego uważam, że do każdego głosowania należy podchodzić niezwykle odpowiedzialnie, bo za każdym, wydawałoby się drobnym aktem przyciśnięcia guziczka maszynki do oddawania głosów, kryją się jakieś środki publiczne lub pieniądze mieszkańców, czy po prostu Ich (nasze?) problemy i codzienne życie. Szczególną decyzję stanowi sprawa budżetu, który jest dokumentem bardzo obszernym i złożonym, zawierającym bardzo wiele pozycji. Są tam oczywiście i bardzo dobre rzeczy (jak np. przejście na ul. Wyzwolenia) i mniej dobre, ale też kontrowersyjne i uważane za wręcz nietrafione. Głosuje się jednak tylko raz – nad całością. Warto jednak dokładnie rozpoznać proporcje tych słusznych i mniej słusznych pozycji i mieć wcześniej wyrobione zdanie na temat priorytetów. To pozwala zwiększyć szanse podjęcia właściwej decyzji.

Funkcję radnego staram się wykonywać najrzetelniej, jak potrafię, choć rzeczywiście często odczuwam dyskomfort i czuję się dość nieswojo; chwilami wręcz jakbym rozmawiał z Bułgarami, którzy jak wiadomo – kiwając głową mówią „NIE” (patrz np. w sprawie rozpatrywania niektórych skarg czy ogrodzenia w Ekomarinie). W rozmowach z mieszkańcami nigdy nie obiecuję, że coś załatwię, lecz że zrobię tyle, ile będę mógł… Na przykład ostatnio zadzwonił do mnie jeden z giżycczan (i nie był to mój żaden znajomy) z pytaniem, jak toczyła się pewna dyskusja podczas obrad Komisji Rewizyjnej. Mógłbym odpowiedzieć, że dane te publikowane są w BIPie, ale mam świadomość, że mnie jest łatwiej to wszystko znaleźć i objaśnić, więc spełniając prośbę mieszkańca zamieściłem fragmenty publicznych wypowiedzi na moim blogu. Ty natomiast podobno w to nie wierzysz, że ktokolwiek może o to pytać, dociekać, interesować się… Może wydawać Ci się to dziwne, ale mieszkańcy naprawdę dzwonią lub piszą do radnych dość często. Czasem mam wrażenie, że powinienem wręcz otworzyć jakieś biuro, bo sporo spraw mi się kumuluje i mam kłopot z interweniowaniem, ale staram się działać, choć mam świadomość, że to – co często w naszym mieście jest nazywane „demokracją” nie jest obecnie po mojej stronie. Ale się nie poddaję…

Nie jest się bowiem przegranym, dopóki się walczy. I jakoś trudno mi się również oprzeć wrażeniu, że w Twoim przypadku, Koleżeński Nadawco, mamy do czynienia z klasycznym przypadkiem tzw. paradoksu prawdy. Wszyscy bowiem oczekujemy, aby nam mówić prawdę, lecz gdy ktoś już to czyni, mamy mu to za złe…

I to chyba by wiele tłumaczyło…
Pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt,
Wojciech Iwaszkiewicz


PS. Ponieważ podobno przywołano ponownie sprawę zatok na Olsztyńskiej, dla przypomnienia moje stanowisko w tej sprawie znajdziecie Państwo [tutaj..]

Powyższy tekst jest odpowiedzią na list opublikowany na gizycko.tv.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Z cyklu „Moje dwa i pół grosza”:
Paradoks (pół)prawdy

  1. avatar kate pisze:

    Są takie powiedzenia-„dopóki walczysz jesteś zwycięzcą”i”lepsza gorzka prawda w oczy,niż słodkie kłamstwo poza”,tego należy się w życiu trzymać,choć ludzie dwulicowi tego nie lubią-ich strata.

  2. avatar rudy102 pisze:

    Czy jest przewidziany parking pod najsłynniejszym barem na Mazurach -Omegą?
    Tam by się przydał najbardziej i to z parkowaniem po skosie a nie równolegle. Szkoda trochę róż ale możnaby pogodzić i parking i rabatki . Tam część mieszkalna bloku jest dużo wyżej .Mieszkańcom też byłoby wygodniej jakby część samochodów nie parkowała im pod klatkami.
    Ponawiam pytanie : czy projekt obejmuje całą Olsztyńską? czy też cały czas projekt obejmuje tylko sporny odcinek naprzeciwko spożywczego p. Sienkla?
    Pozdrawiam i do zobaczenia po 🙂 kolejnym końcu świata.

  3. avatar MariaZ pisze:

    w podziękowaniu za wybudowanie „wspaniałego” wcale nie szkaradnego kompleksu przy ul Nadbrzeżnej p.S […](wymoderowano nazwisko – W. Iwaszkiewicz) dostanie w końcu swoje zatoki postojowe przy Olsztyńskiej…Giżycko pięknieje z roku na rok…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.