Jerzy Świerczek
„Ja tu byłem żołnierzem”, cz. 2

(…) Szanowni obywatele zabieram was teraz do jednostki wojskowej 3120 w Giżycku. Będziecie saperami, czyli najmądrzejszą specjalnością w wojsku, bo to wojska inżynieryjne. Zdenerwowany Symon zaklął, do cholery to mamy jechać, aż tak daleko, to może i 400 km. To jest celowo zaplanowane, by żołnierz był tak daleko – tłumaczy kapral – im dalej od domu tym lepiej. Żołnierz nie tęskni za domem i nie ma złych myśli, aby dokonać dezercji. Pamiętajcie, że każde wyjście za bramę koszar bez przepustki lub rozkazu wyjazdu, przebranie się w cywilne ubranie, to dezercja, za którą karze się surowo. Zgodnie z ludową praworządnością. Ludowa ręka jest łaskawa i ciężka. To zapamiętajcie na zawsze. Obywatelu kapralu wypłaćcie to, co poborowym się należy – poleca porucznik Łach. Jak sobie przypominam była to kwota 12 złotych na łepka.
Jednocześnie zezwala, aby z kapralem – dwóch z naszych mogło pójść do miasta i pieniądze zamienić na coś konkretnego. Sam porucznik dokłada 20 zł do wspólnej puli, co uważamy, że się wkupił. Ale to się okaże. Symon i Miler udają się do „Dworcowej” i kupują tam 5 win „patykiem pisanych” 12 porcji parzonej kiełbasy i tyle bułek. ( Te produkty były w tych latach bardzo popularnym jedzenie podczas podróży, można było też kupić na dworcowych poczekalniach). Zakupy pakujemy do toreb, gdzie jest jeszcze jedzenie na 12 godzin zabrane z domu. Nie obawiamy się, że, będziemy głodni w długiej ponad 8 godzinnej podróży.
(…)
Dyżurny stacji w czerwonej czapce czerwoną chorągiewką dumnie daje znak odjazdu. Ciężki parowóz jeszcze z dostaw amerykańskich zasapał, wypuścił z sykiem parę, kłęby czarnego dymu i powoli rusza w dal…. (…)
Pociąg wjeżdża na stację Tczew, teraz przesiadamy się do pociągu pospiesznego w kierunku na Białystok po drodze będzie nieznane nam miasto Giżycko. Już z geografii wiedziałem, ze jest położone nad wielkimi jeziorami. Robi się ciemno, cóż to grudzień, dzień krótki.
Już w pociągu olsztyńskim znudzeni monotonnym stukotem kół i słabym światłem gazowych lamp, które konduktor zapalił swoją karbidówką, szybko zasypiamy. Sen podbudowany zawartością butelek, przyczynił się, że droga szybko przebiegła, gdyby nie nasi opiekunowie, to byśmy dojechali, może aż do samego końcowego Białegostoku.
Kapral pokazuje swój głos wołaniem pobudka, pobudka – zaraz będziemy wysiadać. Pociąg zwalnia i i zatrzymuje się naprzeciwko białej tablicy – Giżycko (A jeszcze 10 lat temu na tablicy widniał napis – Lötzen, Miasto zostało o tej nazwie zapisane w 1612 roku, chociaż poprzednio nosiło inne nazwy. Miasto, które dzięki woli zdobywców zostaje wkreślane w granice Polski, dlatego możemy tam jechać. Była też polska nazwa Lec. Nazywano też zaraz po wojnie obecne Giżycko do 1946 Łuczany.)
Koniec naszej podróży. Początek nowego życia. Wchodzimy na ulicę miasta, gdzie mamy spędzić 2 lata przerwy w życiorysie – jak to obecnie młodzież nazywa służbę wojskową. Ale my w tym czasie inaczej myśleliśmy. Dla nas była to szkoła życia, którą każdy mężczyzna musi przejść. (Znaliśmy już, co to jest wojna z własnego przeżycia, bo każdy z nas przez 6 lat przeżywał jej „dobroć” na własnej skórze. Każdy widział już żołnierzy niemieckich, radzieckich i polskich tych z orzełkami bez korony i w koronie, którzy wracali z Anglii).
Wychodząc z ciepłego wagonu na peron stwierdzamy, że tu w Giżycku jest mroźno i leży śnieg najmniej 20 cm, bo w Chojnicach było na plusie i bez śniegu. (Teraz te strony nazywa się biegunem polskiego zimna i krainę 1000 jezior).
Po przejściu pod tunelem wchodzimy na plac przed stacją kolejową. Trudno było ocenić, że to stacja kolejowa. Jest ciemno, miasto nieoświetlone. Jakby miasta nie było. Ustawiamy się dwójeczkami i za porucznikiem idziemy przed siebie. Leżący biały śnieg sprawiał, że oczy przyzwyczajają się do ciemności i widzimy kontury uśpionego obcego dla nas miasta. Ale widać jeszcze dużo ruin. Świadkowie ostatniej wojny, która tylko 10 lat temu, co zakończyła się. (często ruiny powstawały już po wypędzeniu Niemców. Celowo niszczono i grabiono, co niemieckie, a to przez wojska radzieckie w odwecie za zniszczenia w ZSRR dokonane przez żołnierzy niemieckich. Takie było jest i będzie prawo wojny. Zwycięzcy nikt się nie pyta czy ma rację, może po latach kwestionuje się to zwycięstwo. Ale fakt jest faktem)
Miasto nieduże – szybko jesteśmy na rogatkach miasta. Po lewej stronie zauważamy koszary, a po prawej tylko pola przecięte jedną ulicą.
Jeden z naszych, gdy ujrzał koszary, – co to już jesteśmy na miejscu?. Na co otrzymuje odpowiedz – jeszcze idziemy dalej.
Przed nami las, po prawej stronie małe jezioro. Może z 100 m i dochodzimy do ceglanej bramy z solidnymi mocno okutymi wrotami, po otwarciu wchodzimy niby do ciemnego tunelu. Co to? – Zapytuje Miler. To taka twierdza zbudowana jeszcze przez prusaków i tam są nasze koszary – odpowiada kapral. Dochodzimy do drugich podobnych wrót są lekko odchylone, Porucznik wyjmuje z raportówki latarkę o oświetla. W rogu siedzi skulony, śpiący wartownik. Słychać chrapanie. Blask światła powoduje, że momentalnie wstaje – i „ja nie spałem obywatelu poruczniku”- melduje. Dobra – otwierajcie wrota, jutro pogadamy.
Pierwszy raz w życiu zobaczyłem prawdziwego wartownika i to w takiej nietypowej sytuacji. ( ta brama to – brama giżycka). Na dworze było mroźno, więc ubrany był – mym zdaniem – odpowiednio. Na sukiennym płaszczu narzucony kożuch z owczej skóry włosem do środka i puszysty kołnierz podniesiony do góry. (Dokładnie opisuję, bo po przysiędze sam ubierałem się tak, – bo zima trwała do połowy marca). Na filcowych butach nadziane tzw. niedźwiadki – czyli drugie buty skórzane na wysokich drewnianych spodach. Uszanka zawiązana mocno pod szyją. Prawdziwy niedźwiedź.
Pistolet przewieszony na pasie, jak później nam powiedziano jest to PM-43, który obok pepeszy był skutecznym automatem do zabijania wroga.
Wartownik otwiera wrota do końca i idziemy dalej. Bo przed nami widać kamienno – ceglany mur. Po przejściu następnych dwóch wrót, które były otwarte a połączone długim tunelem. Wchodzimy na plac i stajemy przed ceglanym blokiem. To są nasze koszary – chwali się kapral.(Koszarowiec 1). Twierdza śpi tylko na korytarzach przy stolikach czuwają służbowi i wartownicy na posterunkach. Wchodzimy od frontu po schodach na korytarz. Od stolika wstaje żołnierz z białą czerwoną opaską na ramieniu prawej ręki i w czapce garnizonowej z paskiem pod brodą i zaczyna meldować… Obywatelu poruczniku… Dobrze – odpowiada porucznik.
Otwierajcie służbowy izbę żołnierską i niech ta dziesiątka poborowych do rana rozlokuje się. W „izbie” na drewnianej podłodze ułożono sienniki napchane słomą. Czapiewski poprawiając siennik powiedział: ,,Wiecie co, rok temu to była na pewno słoma, ale, ta co jest teraz w tych siennikach, to ja taką w domu nie ścielę bydłu”. A my mamy na niej odpoczywać. Obok leżało kilka szarych wytartych kocy.
Ale znużeni podróżą, kładziemy się na tym legowisku i zasypiamy snem sprawiedliwych obywateli. (…)

cdn.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kategoria. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.